gototopgototop
banerplaza

Ośrodek Rozwoju Osobistego

Tydzień Małżeństwa

Człowiek nie może siebie sam do końca zrozumieć bez Chrystusa. Nie może zrozumieć, ani kim jest, ani jaka jest jego prawdziwa godność, ani jakie jest jego powołanie i ostatecznie przeznaczenie.

Jan Paweł II

Start Artykuły Psychologia Psychologia i psychoterapia w seminariach i nowicjatach

Psychologia i psychoterapia w seminariach i nowicjatach

Ucieszyłem się bardzo czytając w „Tygodniku” zarówno artykuł Macieja Müllera „Kleryk na kozetce” („TP” nr 45/2008) jak też refleksje innych na temat roli psychologii i psychoterapii w formacji kleryków do kapłaństwa w naszych seminariach. Od tego ogólnego nurtu, gdy większość albo wszyscy podkreślali konieczność stosowania w dzisiejszym wychowania seminaryjnym nowoczesnych narzędzi jakie dają współczesne nauki humanistyczne odbiega artykuł podpisany pseudonimem „Jana Kowalskiego” pt. „Kleryk na kozetce, rektor pod kozetką” („TP” 3/2009). Nikt chyba nie ma wątpliwości, że jesteśmy dopiero u początków dyskusji na temat roli psychologii i psychoterapii w formacji seminaryjnej, ale bardzo dobrze, że taka dyskusja w ogóle się zaczęła. Do tej pory bowiem było i nadal jest tak, że psychologowie i psychoterapeuci są pozostawiani przez rektorów lub przełożonych zakonnych sami sobie, także z różnymi dylematami moralnymi. Ten ból przebija również w artykule Jana Kowalskiego.
W poniższych refleksjach nie chcę oczywiście podawać gotowych rozwiązań, gdyż takich nie ma, ale raczej podzielić się moimi oświadczeniami i przemyśleniami na wspomniany temat. Od kilkunastu lat pracuję jako wychowawca w jednym z polskich seminariów diecezjalnych i będąc jednocześnie absolwentem 4 letniego Studium Psychoterapii przy Stowarzyszeniu Psychologów Chrześcijańskich jestem również praktykującym terapeutą. Mając ogląd sytuacji zarówno z jednej jak i z drugiej strony, prowadzę bowiem w terapii księży, zakonników i siostry zakonne, spróbuję podzielić się moimi spostrzeżeniami. Nie ma dzisiaj już wątpliwości, że psychologia i psychoterapia są bardzo użytecznymi narzędziami nie tylko w diagnozowaniu i leczeniu wszelkiego rodzaju zaburzeń w sferze psychicznej, ale także skutecznymi narzędziami w pracy nad sobą i rozwojem osobistym. Placet Kongregacji Wychowania Katolickiego na wykorzystywanie nauk psychologicznych w formacji kandydatów do kapłaństwa potwierdza, iż również Kościół dostrzega rolę tych narzędzi. Dyskusja nie dotyczy więc pytania czy je wykorzystywać, ale pytania jak korzystać z tych narzędzi. Jak na razie w Polsce nie ma jasnych kryteriów jak z tych narzędzi korzystać i większość psychologów i psychoterapeutów porusza się po omacku. Nie wiem nawet czy da się to wszystko ująć w jakieś bardzo sztywne ramy, ale nie ulega wątpliwości, że jakieś kryteria chroniące przed nadużyciami są potrzebne. Obecnie są nimi etyka zawodowa i własne sumienie psychologa, terapeuty, ale powinna też być etyka zawodowa i sumienie rektora lub mistrza nowicjatu. W traktowaniu psychologii i psychoterapii przez polskich przełożonych seminariów diecezjalnych i zakonnych dostrzega się wyraźnie dwie zasadnicze postawy, obydwie błędne: nieufność i odrzucanie tych narzędzi w formacji albo ślepe zaufanie i bezkrytyczne ich stosowanie. Nieufność jest pozostałością po antyreligijnym charakterze psychoanalizy Freuda czy psychoterapii w stylu Rogersa, która w latach 60 i 70 w Stanach dosłownie „wyssała” wielu ludzi z seminariów i zakonów tak męskich jak i żeńskich. W kręgach kościelnych powstało wtedy przekonanie, że psychologia a jeszcze bardziej psychoterapia niszczy powołania. Ten opór ma również często podłoże w osobistym lęku wychowawcy, który sam widzi, że potrzebuje pomocy terapeutycznej, ale jej się z różnych powodów lęka, wtedy w rozmowach z klerykami ośmiesza psychologię i psychoterapię. Tej niechęci czy wręcz wrogości do psychoterapii doświadczyłem sam na sobie zaatakowany kiedyś przez jednego z moich kolegów o rzekomo przesadną psychologizację formacji duchowej w naszym seminarium. Z kolei bezkrytyczne zaufanie przełożonych do psychologii i psychoterapii opiera się pewnie częściowo na ich osobistych pozytywnych doświadczeniach, ale również z poczucia bezradności i bezskuteczności dotychczas stosowanych środków wychowawczych. Skandale homoseksualne z udziałem duchownych w Usa, Irlandii czy ostatnio także w Polsce wyostrzyły czujność przełożonych, którzy wszelkimi możliwymi środkami chcieliby wykluczyć z grona kandydatów osoby podejrzewane o takie skłonności. Problem tylko w tym, że nawet badanie psychologiczne traktowane jako sito, o czym wspomina w swoim artykule Jan Kowalski, nie dają takiej gwarancji. Bezkrytyczne stosowanie psychologii i psychoterapii opiera się, jak pisałem, na poczuciu bezradności i nieskuteczności dotychczasowych środków używanych w formacji do kapłaństwa. Zwiększa się bowiem procent kandydatów pochodzących z dysfunkcyjnych rodzin, po eksperymentach z narkotykami, inicjacji seksualnej czy wręcz uzależnionych od internetu albo po prostu mniej dojrzałych po ludzku. Po nich model formacji wypracowany w latach poprzednich dosłownie „spływa” jak po przysłowiowej kaczce. Mają oni bowiem zbyt wiele problemów ze sobą, zbytnio są miotani konfliktami intrapsychicznymi, by wejść w dynamikę proponowanej im formacji. Trzeba szczerze powiedzieć, że model formacji w polskich seminariach stworzony w okresie powojennym z różnymi zmianami przetrwał zasadniczo niezmieniony do naszych czasów a sprowadza się on do towarzyszenia młodemu człowiekowi i pokazywania mu jego ewentualnych niewłaściwych postaw czy zachowań. Ludziom, którzy byli 20 lat temu w seminarium czy nowicjacie wystarczyło powiedzieć co powinien w sobie zmienić i oni to czynili, dzisiejszym pokoleniom to już nie wystarczy, nie są do tego zdolni. Stąd zamiast wypracować jakiś nowy model formacji seminaryjnej na nowe czasy, przełożeni posiłkują się psychologią czy psychoterapią zrzucając często na psychologów i terapeutów odpowiedzialność za określenie przydatności lub nie kandydata do kapłaństwa. Osobiście przestrzegałbym zarówno psychologów jak też psychoterapeutów przed taką postawą i zachęcał do tego, aby nie pozwalać się używać do takich celów. Nie zawsze jest to łatwe, bo zaproszenie do współpracy w wychowywaniu kleryków może „łechtać” nasze ego: „szanują mnie i cenią”. Jeśli seminarium lub zgromadzenie zakonne nie ma jasno określonego modelu wychowania, to niech to uczyni. Psychologia jest narzędziem pomocniczym w takim wychowania, ale nie decydującym. Musimy ciągle pamiętać, że w przypadku łaski powołania działamy na pograniczu działania człowieka i Boga. Bóg powołuje takich ludzi jakich ma do dyspozycji w danej epoce historycznej, czyli dzisiaj mniej dojrzałych emocjonalnie i bardziej poranionych przez życie. Na pytanie więc ile psychologii i psychoterapii w formacji kandydatów do kapłaństwa, jedyna odpowiedź jaka może brzmieć jest taka: tyle, ile potrzeba. Nie mniej, nie więcej.

Potrzebne sito

Zastanawiając się nad rolą psychologii i psychoterapii w formacji kandydatów do kapłaństwa trzeba w pierwszym rzędzie bardzo wyraźnie odróżnić obszar badań psychologicznych, np. testami od samej psychoterapii. Odnoszę bowiem wrażenie, iż w artykule Jana Kowalskiego te obszary jakoś się zlewają. Z jednej strony mamy tytuł „Kleryk na kozetce, rektor pod kozetką”, który mógłby wskazywać na to, że chodzi o psychoterapię - słynna „kozetka” psychoanalityczna sugeruje wyraźnie takie skojarzenie. Nawet jeśli autor użył tego terminu w sensie bardzo szerokim, na opisanie wszystkiego, co dotyczy psychologii, to i tak uważam, że należy bardzo wyraźnie odróżnić używanie badań psychologicznych od psychoterapii. Badania psychologiczne są dzisiaj narzędziem tak powszechnie stosowanym w wielu firmach przy naborze kandydatów do pracy na różne stanowiska kierownicze, że często jest to przedstawiane jako jeden z podstawowych elementów rekrutacji. Badania są prowadzone oczywiście na zlecenie pracodawcy i on za nie płaci więc ma też prawo wglądu w ich wyniki. Jan Kowalski uważa, że podjęcie badań psychologicznych kleryka pod przymusem jest niezgodne z etyką zawodową, ale jakoś nikt nie kwestionuje etyczności takich badań przeprowadzanych w różnych firmach a dokonywanych masowo? Nie uważam, żeby stawianie badań psychologicznych jako jednego z warunków przyjęcie kandydata do seminarium było sprzeczne z etyką zawodową psychologa. Ważne, żeby to było jasno określone w warunkach przyjęcia. Każda społeczność ma prawo określić warunki przynależności do siebie i jednym z nich jest zdrowie czy pewna równowaga psychiczna oraz w miarą dojrzała osobowość. Dzieje się tak nie tylko w przypadku społeczności, przecież niektóre rodzaje pracy domagają się przebadania kandydatów pod kątem ich psychicznej zdolności do jej wykonywania ze względu na bezpieczeństwo czy dobro społeczne, np. pracownicy zakładów zbrojeniowych, zawody związane z używaniem broni itp. Jeśli więc godzimy się na badania psychologiczne przyszłych pracowników różnych zawodów, którzy gdy się nie sprawdzą mogą być zwolnieni, o ile bardziej takie badanie są potrzebne w przypadku kandydatów do kapłaństwa, których po przyjęciu święceń kapłańskich nie można „odświęcić” i tylko w wyjątkowych sytuacjach po przeprowadzeniu procesu przenieść do stanu świeckiego. Najlepiej więc przeprowadzić takie badania wraz z egzaminem wstępnym do seminarium, aby nie przyjmować osób głęboko zaburzonych.
Odrębny problem, i mam wrażenie, że taką właśnie sytuację opisuje w swoim artykule Jan Kowalski, gdy na jakimś etapie formacji przełożenie dochodzą do wniosku, że jakiegoś kleryka trzeba poddać badaniu psychologicznemu. Wtedy ten zewnętrznie oczywiście się mu podda, ale z lęku przed wyrzuceniem z seminarium lub zakonu. Znacząco wtedy, to prawda, wzmacniają się i tak już silne u kleryków mechanizmy obronne. W rozmowach z psychologiem są oni wtedy nieszczerzy, momentami nawet cyniczni, zasłaniają się formacją duchową albo ojcem duchownym a testy wychodzą zafałszowane poprzez pragnienie ukazania się w lepszym świetle niż się jest w rzeczywistości (słynna dyssymulacja). Obawiam się, że niestety, nie ma żadnego dobrego wyjścia z tej patowej sytuacji. Patrząc od strony przełożonych wygląda to tak: kleryk sam nie zgłosi się na takie badanie dopóki nie zostanie do niego przymuszony groźbą usunięcia, z drugiej strony dla psychologa przymuszony i bez żadnej motywacji pacjent czy klient jest wielkim utrapieniem. Nie jest łatwo przerwać to błędne koło. Dużą rolę odgrywa stosunek przełożonych do psychologii. Jeśli jest on zdrowy i spokojny, to wtedy łatwiej jest odmitologizować psychologię przedstawiając ją jako użyteczne narzędzie do poznania samego siebie i własnego rozwoju. Zdarza się przecież często, że badanie psychologiczne obroni kleryka, bo jego wynik okazuje się lepszy niż podejrzenia przełożonych. Jeśli natomiast przełożeni wysyłają sygnał, nawet niewerbalny: „ nie pracujesz nad sobą i nie zmieniasz się tak jak trzeba, to teraz za pomocą testów psychologicznych rozpracujemy cię i poznamy twoją ukrytą motywację”, to wzmacnia to bardzo mechanizmy obronne uniemożliwiając jakąkolwiek pracę psychologowi. Ważne jest, powtórzę jeszcze raz to, co pisałem wcześniej, by przełożeni traktowali badanie psychologiczne jako jeden z elementów poznania kandydata, ale przy ewentualnej decyzji o jego usunięciu brali pod uwagę także inne czynniki. Można myśleć o usunięciu kandydata z seminarium jeśli badania wykazały wyraźne zaburzenie osobowości, potwierdzone przez drugie badanie przeprowadzone przez psychologa klinicznego. Błędem natomiast byłoby usuwanie kogoś tylko dlatego, że w testach psychologicznych pojawiły się oznaki lekkiego zaburzenia zachowania. Musimy pamiętać, że ludzie się ciągle rozwijają i jeśli ktoś solidnie pracuje nad sobą w seminarium, to z pomocą łaski Bożej i ludzi może częściowo skorygować zachowania wyniesione z dysfunkcyjnej rodziny.
Jeśli natomiast przełożony prosi psychologa o przebadanie kogoś pod kątem jego skłonności homoseksualnych, to powinien jasno odmówić albo urealnić jego oczekiwania: nie ma takich testów, które jednoznacznie rozstrzygną jaka jest orientacja seksualna badanego. Podobnie za naiwne należy uznać oczekiwanie, że badania mają „wykryć możliwość rozwinięcia się w psychice młodego człowieka patologii”. Cóż za bzdurne oczekiwanie! Trzeba jasno powiedzieć: za dużo oczekujecie od psychologii. Nie tylko, żeby wykryła patologię teraz, ale też przewidziała ją w przyszłości. Winni temu są częściowo sami psychologowie, którzy nie korygują takich nadmiernych oczekiwań a często wręcz sami kreują się na tych, którzy posiedli jakąś tajemną wiedzę o człowieku i teraz łaskawie dzielą się nią z innymi.

Psychoterapia

Sytuacja jest jeszcze bardziej skomplikowana w przypadku kleryków lub sióstr zakonnych przysłanych przez przełożonych na terapię. Taki przymus wzmaga i tak już silny opór przed psychoterapią, jaki ma każdy człowiek. Pewnym rozwiązaniem jest przyjęcie strategii, aby na terapię odsyłał ojciec duchowny albo mistrz czy mistrzyni nowicjatu tak, by wszystko pozostało w obrębie forum wewnętrznego. Prowadziłem i prowadzę takie osoby w terapii. Stawiam jednak wtedy jasno określone warunki: proszę przełożonych, by nie kontaktowali się ze mną, nie dostarczam żadnej diagnozy pisemnej ani też nie rozstrzygam o powołaniu osoby. To jest obowiązek przełożonych i terapeuta nie może pozwolić, by zrzucili to na jego barki. Terapeuta stara się wedle swoich umiejętności pomóc człowiekowi w procesie wzrastania ku dojrzałości ludzkiej, która jest fundamentem dla łaski powołania zgodnie ze starą zasadą: łaska nie niszczy, lecz buduje na naturze człowieka. Tyle i tylko tyle. Czy ta osoba kwalifikuje się jako kandydat do kapłaństwa, to o tym decydują przełożeni seminarium lub zgromadzenia. Widzimy więc, że zasadniczą kwestią jest umiejętność stawiania granic również ze strony terapeuty. Pewnie, że sytuacja jest trudniejsza niż w przypadku osoby, która sama zgłasza się na terapię, bo uważa, że jej potrzebuje i sama też za siebie płaci, co zdecydowanie bardziej motywuje. Klerycy mogą przecież częściowo płacić za terapię a jeśli ich rodzice są w dobrej sytuacji ekonomicznej nawet całość wizyty, natomiast w przypadku osób zakonnych ich poczucie winy, że obciążają niepotrzebnie zgromadzenie jest doskonałym punktem do pracy nad niskim poczuciem własnej wartości, odmawianiem sobie prawa do czegoś itd. Najtrudniejszą kwestią jest brak motywacji u osoby przysłanej na terapię przez przełożonych. Ja pytam wtedy samą osobę czy chce przychodzić nie przyjmując odpowiedzi typu: „no nie mam wyjścia; no już trudno, akceptuję”. Jeśli odpowie, że chce, to zawsze można się do tego w przyszłości odwołać w procesie terapeutycznym. Często osoby na początku zalęknione i w dużym oporze, jeśli się otworzą, po 1 lub 1,5 roku terapii wychodzą bardzo odmienieni. Nie muszę dodawać, że powodzenie terapii kleryków czy sióstr zakonnych zależy, tak jak w przypadku wszystkich innych osób, od zdobycia ich zaufania i stworzenia bezpiecznej atmosfery. A to przecież każdy terapeuta powinien potrafić, bo w tym celu się szkolił. W przypadku kleryków czy sióstr zakonnych przysłanych przez przełożonych zdobycie takiego zaufania jest niewiele trudniejsze niż w przypadku innych osób. Opór nieświadomy jaki stawiają jest trochę silniejszy niż u innych podobnie jak mechanizmy obronne, ale nie aż tak duży, aby nie dało się z nimi nic zrobić. Ostatecznie to przecież zadanie terapeuty zmniejszyć nieświadomy opór i osłabić również nieświadome mechanizmy obronne. Ja sam wielokrotnie w czasie terapii byłem pozytywnie zaskoczony ich otwartością i pragnieniem szukania pomocy. Pokolenie obecnych dwudziestokilkulatków jest zdecydowanie bardziej otwarte na pomoc terapeutyczną niż np. moje pokolenie. Natomiast w sytuacji, gdyby konieczna była terapia kilkuletnia, dobrze jest poradzić osobie, aby to uczyniła poza seminarium czy zgromadzeniem


Ks. Leszek Misiarczyk